poniedziałek, 23 lipca 2012

Poniedziałek: granatowo-beżowo

Sporo wody upłynęło od ostatniego wpisu, a i sporo skórzanej podeszwy ubyło wskutek ścierania przez tak długi czas - przynajmniej w niepodklejonych (przez oszczędnego właściciela) butach :) Na dłuższe wpisy raczej nie ma szans - brak czasu - ale pomyślałem sobie, że mógłbym rzucić na żer Moim Wyposzczonym Czytelnikom zestawy z kolejnych dni tygodnia.

Nie będą to moje "najlepsze" rzeczy; choć pewnie nieco bardziej się postaram. Po prostu - zestawy, które lubię, i w których dobrze się czuję.

Na początek - w roli głównej jedna z moich ulubionych marynarek, lniano-bawełniana, z "modnymi" niuansami (niewidoczne na zdjęciu łaty i guziki, z których ostatni na lewym rękawie przyszyty jest kontastową nicią). Większość elementów już była. Jak widać, sprawdziły się i wciąż je lubię.

poniedziałek, 10 października 2011

Okruchy lata

Przyznam szczerze - to poprzednia niedziela, choć i w ostatnią wybrałem aksamitną marynarkę. Marynarka składa się z prawie samych wad: jest za ciasna w klatce, trochę odstaje na biodrach, podszewka wykonana została z poliestru. Ale jest piękna :) I za to ją lubię.



Widoczne na zdjęciu driving mocs - podobnie jak marynarka - są mało praktyczne, ale bardzo wdzięczne. W sam raz na niedzielę.

sobota, 1 października 2011

Reanimacja krawata

Jak już się zapewne czytelnicy bloga zdążyli zorientować, zbieram krawaty. Mam ich naprawdę sporo :) Kupuję z reguły w sieci - część jako nowe, lecz większość, szczególnie krawatów znanych i drogich marek, jako używane. Przychodzą w stanie dość różnym. W każdym razie, po pewnym czasie uzbierałem całkiem niezłą kolekcję bardziej lub mniej zabrudzonych krawatów, które pozostały odporne na moje "domowe" sposoby. Tak na marginesie, zwykła woda na szczególnie delikatnych krawatach jedwabnych może zostawić ślad - warto najpierw to sprawdzić. Z drugiej strony, taki ślad powinien się bez trudu wyprać w pralni chemicznej.

Nie wszystkie pralnie przyjmują do prania jedwabne krawaty. Z tych, które przyjmują, jedne piorą bez rozszywania, a drugie rozszywają, a następnie, po wypraniu, z powrotem krawat zszywają. Niestety, po tym zabiegu krawat nie zawsze wraca do pierwotnego kształtu. Kilka lat temu spotkała mnie przykra niespodzianka tego typu - krawaty pięknie się wyprały, jednak po starannych oględzinach w domu odkryłem, że zostały zdeformowane (nie trzymają symetrii). Wtedy nie wiedziałem, co z tym zrobić, więc je wyrzuciłem. Błąd.


W każdym razie - zabrudzone krawaty wysłałem do pralni chemicznej, która pierze bez ingerencji w krawat. Wiele z nich wyprało się bardzo ładnie, niestety, na kilku plamy pozostały. Krawat prezentowany na zdjęciach wciąż - pomimo prania - wydawał mi się nieświeży. W przypływie rozpaczy niedoprane krawaty postanowiłem wyprać tradycyjnie - w pralce - przy pomocy płynu do prania i delikatnego programu.

Niestety - to, co wyjąłem z pralki, przypominało spaghetti. Krawaty splątane ze sobą i mocno zdeformowane. (Dziś wydaje mi się, że jednak lepszym rozwiązaniem byłoby delikatne pranie ręczne, które przynajmniej częściowo zapobiegłoby deformacji krawatów). Krawaty, na których pozostały plamy, poszły do śmieci. Ten - prezentowany na zdjęciach - wyprał się ładnie, ale i on uległ deformacji, tzn. wkład stracił kształt w sposób trwały - wielokrotne próby prasowania (gorącym żelazkiem, ale przez bawełnianą chusteczkę) nie dawały żadnego rezultatu.

Krawat postanowiłem oddać do opisanej przez Macaroniego firmy M&M Krawaty przy ulicy Ludnej 50 w Warszawie. Celem, że tak to ujmę, reanimacji, czyli wymiany zdeformowanego wkładu na nowy. Koszt usługi wyniósł 20 zł. Warto wspomnieć, że firma M&M pierze krawaty (współpracuje z pralnią chemiczną) z rozszyciem i wymianą wkładu. Koszt takiej „pełnej” usługi wynosi 30 zł.


Efekt widać na zdjęciach - krawat wygląda naprawdę świetnie, bez śladu po "przejściach". W szczególności, kształt krawata ("trójkąt" na dole, symetria) jest bez zarzutu.

Co z tego wszystkiego wynika? Po pierwsze - dochodzi dodatkowa opcja prania jedwabnego krawata, w wodzie, z przewidywaną wymianą wkładu.

Po drugie - wymiana (nie zawsze konieczna) wkładu i ponowne zszycie krawata pozwala na wykonanie kilku operacji na krawacie, na przykład:
  • korekty niestarannego zszycia krawata;
  • skrócenia (kiedy wąski koniec jest zbyt długi i plącze się w okolicach kroku, a nie chcemy chować go w spodnie);
  • zwężenia (jeśli wzór krawata nie stanie na przeszkodzie);
  • a nawet, jeśli są ku temu warunki (zapas materiału, odpowiedni wzór krawata), "przesunięcia" ulubionego krawata z uszkodzeniem na widoku tak, aby to uszkodzenie znalazło się na stronie wewnętrznej, niewidocznej.

Reanimujmy krawaty! Przynajmniej te, które na to zasługują.

wtorek, 27 września 2011

Dżentelmen w tropikach

Ten dżentelmen to, znaczy się, ja :) A tropiki – znany kurort Sharm el Sheikh nad Morzem Czerwonym. Wyjazd na wakacje potraktowałem jako okazję do weryfikacji tego, czy faktycznie materiały oparte na lnie sprawdzają się w upały.

Na wyjazd założyłem koszulę z czystego lnu, lniano-bawełniane spodnie (mniej więcej pół na pół lnu i bawełny) oraz lekką, typowo letnią, białą marynarkę bez podszewki. Marynarka nie ma metki – nie jestem więc pewien, czy została wykonana z czystego lnu – jednak stopień gniotliwości sugeruje, że len nie został „zanieczyszczony” dodatkami. Marynarka nie ma niestety brustaszy (kieszonki na poszetkę), więc poszetka została przymocowana za pomocą szpilek (może zatem wyglądać na zdjęciach nieco sztywno – ale cóż było robić). Zestaw zwieńczył słomkowy kapelusz.


Granatowa koszula ma dość ciekawą historię. Była to moja pierwsza koszula, kupiona świadomie w momencie, kiedy postanowiłem zmienić swój styl z koszulka+dżinsy na coś bardziej eleganckiego. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że to koszula lniana – jednak rychło zauważyłem, że gniecie się błyskawicznie po założeniu jej na siebie i zawsze wygląda jak wyjęta psu z gardła, niezależnie od wysiłku włożonego w prasowanie. Znienawidziłem ją za to – i unikałem lnu jak ognia. Przeleżała w szafie wiele miesięcy; przypomniałem sobie o niej dopiero przed wyjazdem i w ten sposób przeżyła swoje wielkie chwile.


Na miejscu przywitała nas (mnie i synów) piękna pogoda – 36 stopni Celsjusza pod czystym, bezchmurnym niebem. Temperatura wydaje się mordercza, jednak wilgotność powietrza jest niska i do tego praktycznie bez przerwy wieje suchy wietrzyk. Jednym słowem, nawet ja, nie znoszący upałów, dawałem radę wytrzymać. W eleganckim zestawie pokazanym na zdjęciu odbyłem spacer po hotelu i na plażę, w sumie jakiś kilometr i 45 (może więcej) minut w pełnym słońcu. Według mnie, było całkiem nieźle – koszula wprawdzie nasiąkła potem, jednak nie wiązało się to z nieprzyjemnym odczuciem; nie było mowy o kroplach potu ściekających po plecach (co tego lata w Polsce zdarzyło mi się kilkakrotnie). Trzeba od razu zaznaczyć, że w tych temperaturach człowiek na słońcu poci się zawsze – nawet w samych kąpielówkach.

Podsumowując – nadal nie cierpię tej koszuli, jednak w międzyczasie doceniłem rzeczy z lnu z dodatkiem bawełny. Po pierwsze, świetnie sprawdzają się w upały – zarówno polskie, jak i egipskie; przez spodnie czuć podmuchy wiatru. Po drugie, nie gniotą się bardziej od spodni bawełnianych. Po trzecie, faktura lnu jest bardzo ładna, niebanalna przez nieuporządkowanie tworzących ją „zgrubień”. Ostatnio do mojej kolekcji dołożyłem kolejną marynarkę (granatową – którą z kolei?) – mieszankę lnu z wełną – i jestem z niej bardzo zadowolony, bo wygląda pięknie i się nie gniecie.

Potem – muszę przyznać – wybierałem zestawy mniej formalne, choć jakieś minimum szyku starałem się trzymać.


Na koniec – do piramid nie dotarliśmy, zatem kilka fotek egipskiej fauny z Morza Czerwonego i okolic. Niestety, nie miałem odpowiedniego osprzętu do robienia zdjęć pod wodą, stąd niektóre zdjęcia są rozmazane.

Stadko delfinów:


Ryby (w zachwycających kolorach i kształtach, w dodatku nie bały się ludzi i podpływały na kilkanaście centymetrów, można było nawet dotknąć):


Krab:


Włochaty octopus schowany pod kamieniem (wyjątkowo cierpliwy):


Lizard:


Gekko:


Na koniec – straszliwy nilowy croco…


…rychło jednak ujarzmiony przez nieustraszonego Indianę Jonesa.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Granatowo - beżowy

Czas przerwać wakacyjną ciszę - dziś zestaw oparty na dwóch kolorach - granacie (w którym każdy facet będzie wyglądać dobrze) oraz ładnie z nim współgrającym beżu typu bladocamelowego.




Jednak prawdziwym gwoździem programu są buty :) - jeszcze nigdy nie miałem tak modnych butów na nogach. Efekt forumowej akcji Włoszczyzna III.




Kolejne wpisy za jakieś 2 tygodnie, będzie, mam nadzieję, sporo egzotycznego materiału. Czytelników pozdrawiam i życzę udanego końca wakacji.

piątek, 22 lipca 2011

Jak się odmłodzić o 20 lat?

Najprościej przy pomocy młodzieżowej, "bajernej" marynarki. Nie należy jednak zapomnieć o porannym umyciu twarzy i ogoleniu zarostu.


Marynarka na zdjęciu strasznie się fałduje - chyba nie wytrzymałem ciśnienia podczas robienia zdjęcia. W rzeczywistości rękawy faktycznie mocno się gniotą (bawełna), ale w ramionach jest przyzwoicie. W każdym razie innego zdjęcia nie mam - moi fotografowie są na wakacjach. Zresztą - "produkcje" na tym blogu w zamierzeniu mają posłużyć bardziej jako inspiracje, niż przykłady idealnego dopasowania (są lepsi).

Zdjęcie dość dobrze oddaje kolory. Wspomnę jednak, że marynarka na upały się nie nadaje - jest wykonana z dość cienkiej bawełny, z bawełnianą podszewką, ale w słońcu bardzo szybko można "popłynąć".

Jeszcze zbliżenie na buty - nie budzące większych emocji, jednak bardzo wygodne wiedenki Loake. W cieniu lub umiarkowanym świetleniu są ciemnobrązowe (z akcentami wiśni); jaskrawe słońce wydobywa zdecydowane odcienie czerwieni.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Testament cnotliwego rozpustnika

Emilian Kamiński obsadza Emiliana Kamińskiego i jest to strzał w dziesiątkę.

Spektakl opowiada o ostatnich dniach życia Don Juana, słynnego kobieciarza i rozpustnika. Śmiertelnie raniony przez jedną z uwiedzionych i porzuconych kobiet, postanawia przed śmiercią przyjąć ostatnie namaszczenie; w tym celu wysyła sługę z misją znalezienia spowiednika. Jednak żaden ksiądz nie chce nawet słyszeć o przestąpieniu "wrót piekieł", czyli progu domu rozpusty. Wreszcie znajduje się młody mnich; kierując się poczuciem obowiązku, przybywa z misją wypędzenia szatana. "Szatan" okazuje się jednak błyskotliwym i bardzo przebiegłym przeciwnikiem, znającym doskonale wszelkie meandry spraw damsko-męskich, stanowiące dla mnicha terra incognita. Spowiedź zmierza w zgoła nieoczekiwanym kierunku...

Emilian Kamiński - reżyser - obsadził w głównej roli Don Juana Emiliana Kamińskiego - aktora - i, trzeba przyznać, był to strzał w dziesiątkę. Kamiński gra na fantastycznym luzie, szczerzy się do publiczności i co chwila puszcza do niej oczko, a publiczność bawi się doskonale. Kroku Kamińskiemu dotrzymuje grający sługę Jarosław Witaszczyk - zabawny w naturalny, niewymuszony sposób. Niestety, reszta obsady - dla mnie bardziej znana z "Tańca z gwiazdami" i jakichś urywków "M jak miłość", które przypadkiem wpadły mi w oko - prezentuje znacznie słabszy poziom. Zarówno Cypryański, grający ważną i niełatwą rolę mnicha, jak i Cichopek, używają głównie krzyku i gwałtownych gestów, a ich gra jest pretensjonalna i sztuczna (choć Cichopek wypada nieźle w scenach tańca). Na szczęście nie wygląda to bardzo źle - a w każdym razie lepiej, niż można było się spodziewać - sytuację ratuje bowiem dobry scenariusz oraz konwencja komedii, w której przesadzone środki aktorskie są dopuszczalne.

Niewątpliwie miły akcent przedstawienia stanowią sceny tańca flamenco; w głównej roli występuje bardzo apetyczna brunetka w czerwonej sukience (na zdjęciu poniżej; któreż jednak zdjęcie odda rzeczywistość!). Po spektaklu odbywa się otwarta lekcja tańca dla chętnych, prowadzona przez ową brunetkę.

Pomimo wspomnianych wyżej mankamentów, wieczór w Teatrze Kamienica wspominam z uśmiechem. Była to bardzo, bardzo sympatyczna rozrywka w beznadziejny, zimny i deszczowy, marcowy (tfu! lipcowy) wieczór.




Źródło zdjęć: Teatr Kamienica.

Anatolij Krym, "Testament cnotliwego rozpustnika", reżyseria: Emilian Kamiński; występują: Emilian Kamiński, Jarosław Witaszczyk, Przemysław Cypryański, Katarzyna Cichopek. Teatr Kamienica, 2011.