Najprościej przy pomocy młodzieżowej, "bajernej" marynarki. Nie należy jednak zapomnieć o porannym umyciu twarzy i ogoleniu zarostu.
Marynarka na zdjęciu strasznie się fałduje - chyba nie wytrzymałem ciśnienia podczas robienia zdjęcia. W rzeczywistości rękawy faktycznie mocno się gniotą (bawełna), ale w ramionach jest przyzwoicie. W każdym razie innego zdjęcia nie mam - moi fotografowie są na wakacjach. Zresztą - "produkcje" na tym blogu w zamierzeniu mają posłużyć bardziej jako inspiracje, niż przykłady idealnego dopasowania (są lepsi).
Zdjęcie dość dobrze oddaje kolory. Wspomnę jednak, że marynarka na upały się nie nadaje - jest wykonana z dość cienkiej bawełny, z bawełnianą podszewką, ale w słońcu bardzo szybko można "popłynąć".
Jeszcze zbliżenie na buty - nie budzące większych emocji, jednak bardzo wygodne wiedenki Loake. W cieniu lub umiarkowanym świetleniu są ciemnobrązowe (z akcentami wiśni); jaskrawe słońce wydobywa zdecydowane odcienie czerwieni.
Blog poświęcony męskim sprawom - i męskiemu spojrzeniu na świat. Trochę o męskiej modzie i trochę o innych ważnych dla faceta aspektach życia. Witam i zapraszam.
piątek, 22 lipca 2011
poniedziałek, 4 lipca 2011
Testament cnotliwego rozpustnika
Emilian Kamiński obsadza Emiliana Kamińskiego i jest to strzał w dziesiątkę.
Spektakl opowiada o ostatnich dniach życia Don Juana, słynnego kobieciarza i rozpustnika. Śmiertelnie raniony przez jedną z uwiedzionych i porzuconych kobiet, postanawia przed śmiercią przyjąć ostatnie namaszczenie; w tym celu wysyła sługę z misją znalezienia spowiednika. Jednak żaden ksiądz nie chce nawet słyszeć o przestąpieniu "wrót piekieł", czyli progu domu rozpusty. Wreszcie znajduje się młody mnich; kierując się poczuciem obowiązku, przybywa z misją wypędzenia szatana. "Szatan" okazuje się jednak błyskotliwym i bardzo przebiegłym przeciwnikiem, znającym doskonale wszelkie meandry spraw damsko-męskich, stanowiące dla mnicha terra incognita. Spowiedź zmierza w zgoła nieoczekiwanym kierunku...
Emilian Kamiński - reżyser - obsadził w głównej roli Don Juana Emiliana Kamińskiego - aktora - i, trzeba przyznać, był to strzał w dziesiątkę. Kamiński gra na fantastycznym luzie, szczerzy się do publiczności i co chwila puszcza do niej oczko, a publiczność bawi się doskonale. Kroku Kamińskiemu dotrzymuje grający sługę Jarosław Witaszczyk - zabawny w naturalny, niewymuszony sposób. Niestety, reszta obsady - dla mnie bardziej znana z "Tańca z gwiazdami" i jakichś urywków "M jak miłość", które przypadkiem wpadły mi w oko - prezentuje znacznie słabszy poziom. Zarówno Cypryański, grający ważną i niełatwą rolę mnicha, jak i Cichopek, używają głównie krzyku i gwałtownych gestów, a ich gra jest pretensjonalna i sztuczna (choć Cichopek wypada nieźle w scenach tańca). Na szczęście nie wygląda to bardzo źle - a w każdym razie lepiej, niż można było się spodziewać - sytuację ratuje bowiem dobry scenariusz oraz konwencja komedii, w której przesadzone środki aktorskie są dopuszczalne.
Niewątpliwie miły akcent przedstawienia stanowią sceny tańca flamenco; w głównej roli występuje bardzo apetyczna brunetka w czerwonej sukience (na zdjęciu poniżej; któreż jednak zdjęcie odda rzeczywistość!). Po spektaklu odbywa się otwarta lekcja tańca dla chętnych, prowadzona przez ową brunetkę.
Pomimo wspomnianych wyżej mankamentów, wieczór w Teatrze Kamienica wspominam z uśmiechem. Była to bardzo, bardzo sympatyczna rozrywka w beznadziejny, zimny i deszczowy, marcowy (tfu! lipcowy) wieczór.
Źródło zdjęć: Teatr Kamienica.
Anatolij Krym, "Testament cnotliwego rozpustnika", reżyseria: Emilian Kamiński; występują: Emilian Kamiński, Jarosław Witaszczyk, Przemysław Cypryański, Katarzyna Cichopek. Teatr Kamienica, 2011.
Spektakl opowiada o ostatnich dniach życia Don Juana, słynnego kobieciarza i rozpustnika. Śmiertelnie raniony przez jedną z uwiedzionych i porzuconych kobiet, postanawia przed śmiercią przyjąć ostatnie namaszczenie; w tym celu wysyła sługę z misją znalezienia spowiednika. Jednak żaden ksiądz nie chce nawet słyszeć o przestąpieniu "wrót piekieł", czyli progu domu rozpusty. Wreszcie znajduje się młody mnich; kierując się poczuciem obowiązku, przybywa z misją wypędzenia szatana. "Szatan" okazuje się jednak błyskotliwym i bardzo przebiegłym przeciwnikiem, znającym doskonale wszelkie meandry spraw damsko-męskich, stanowiące dla mnicha terra incognita. Spowiedź zmierza w zgoła nieoczekiwanym kierunku...
Emilian Kamiński - reżyser - obsadził w głównej roli Don Juana Emiliana Kamińskiego - aktora - i, trzeba przyznać, był to strzał w dziesiątkę. Kamiński gra na fantastycznym luzie, szczerzy się do publiczności i co chwila puszcza do niej oczko, a publiczność bawi się doskonale. Kroku Kamińskiemu dotrzymuje grający sługę Jarosław Witaszczyk - zabawny w naturalny, niewymuszony sposób. Niestety, reszta obsady - dla mnie bardziej znana z "Tańca z gwiazdami" i jakichś urywków "M jak miłość", które przypadkiem wpadły mi w oko - prezentuje znacznie słabszy poziom. Zarówno Cypryański, grający ważną i niełatwą rolę mnicha, jak i Cichopek, używają głównie krzyku i gwałtownych gestów, a ich gra jest pretensjonalna i sztuczna (choć Cichopek wypada nieźle w scenach tańca). Na szczęście nie wygląda to bardzo źle - a w każdym razie lepiej, niż można było się spodziewać - sytuację ratuje bowiem dobry scenariusz oraz konwencja komedii, w której przesadzone środki aktorskie są dopuszczalne.
Niewątpliwie miły akcent przedstawienia stanowią sceny tańca flamenco; w głównej roli występuje bardzo apetyczna brunetka w czerwonej sukience (na zdjęciu poniżej; któreż jednak zdjęcie odda rzeczywistość!). Po spektaklu odbywa się otwarta lekcja tańca dla chętnych, prowadzona przez ową brunetkę.
Pomimo wspomnianych wyżej mankamentów, wieczór w Teatrze Kamienica wspominam z uśmiechem. Była to bardzo, bardzo sympatyczna rozrywka w beznadziejny, zimny i deszczowy, marcowy (tfu! lipcowy) wieczór.
Źródło zdjęć: Teatr Kamienica.
Anatolij Krym, "Testament cnotliwego rozpustnika", reżyseria: Emilian Kamiński; występują: Emilian Kamiński, Jarosław Witaszczyk, Przemysław Cypryański, Katarzyna Cichopek. Teatr Kamienica, 2011.
wtorek, 21 czerwca 2011
MTM dla ubogich: przeróbki koszul
Dzisiaj kilka uwag o przerabianiu koszul. Koszula, w porównaniu z marynarką, jest dużo prostsza, jeśli chodzi o "konstrukcję", a jej przeróbki nie powinny sprawiać kłopotu, oczywiście jeśli trafimy na doświadczonego krawca. Mimo wszystko - lepiej pamiętać o kilku rzeczach.
Po pierwsze, przed ingerencją w koszulę należy ją wyprać, bowiem bawełna kurczy się w praniu. Podobno wystarczy wyprać raz (domyślam się, że najlepiej w maksymalnej dopuszczalnej temperaturze), ja na wszelki wypadek piorę dwukrotnie. Gdzieś czytałem, że kurczenie może dochodzić do 5% wymiaru. Czy to dużo? Jeśli rękaw ma 60 cm długości, to skurczenie się o 5% spowodowałoby skrócenie aż o 3 cm. Oczywiście nie jest powiedziane, że będzie to aż tyle - jeśli jednak rękawy skróciliśmy na optymalną długość, to nawet 1 cm mniej może już być za mało. A z wydłużeniem będzie problem.
Najczęściej mamy do czynienia z dwoma rodzajami przeróbek - skracaniem rękawów i taliowaniem. W przypadku skracania rękawów należy zwrócić uwagę na następujące zagadnienia:
Taliowanie koszuli może być wykonane na dwa sposoby - poprzez zwężenie boków lub/i zaszewki na plecach. Ja w pokazanej na zdjęciu koszuli (zawsze kupuję slim-fity, ale w jej wypadku urzekły mnie kolor i jakość materiału) musiałem zastosować oba rozwiązania. W zasadzie trudno powiedzieć, który sposób jest lepszy - myślę, że to nie ma znaczenia, w końcu chodzi o końcowy efekt. Jedyna uwaga jest taka, aby po wymierzeniu i upięciu przez krawca wyjętej na wierzch koszuli spróbować ją włożyć w spodnie (uwaga na szpilki) i sprawdzić, czy nie wychodzi za duży "bąbel" z boku - w takim wypadku można zdecydować się na jeszcze ściślejsze dopasowanie. Inną metodą jest weryfikacja wymiarów upiętej koszuli z wzorcem (wspomaganie się wzorcami podczas przeróbek u krawca jest generalnie dobrym pomysłem) - inną koszulą, która leży na nas bardzo dobrze. Jednak w przypadku rękawów polegania na samym pomiarze długości nie polecam - zauważyłem, że wąskie rękawy "pracują" nieco inaczej i mniej na nich widać nadmiar materiału.
Taliowanie szeroko szytej koszuli może być połączone ze zwężeniem rękawów - w zakładzie, z którego korzystam, jest to chyba w cenie - ale tutaj nie mam żadnych doświadczeń, ponieważ tego nie robiłem.
No i na koniec uwaga finansowa - w związku z kosztami pracy ludzkiej, należy się zastanowić, czy przerabianie starych koszul ma sens. Ja - o ile dobrze pamiętam - za pakiet taliowanie+skracanie rękawów zapłaciłem 45 zł (peryferia Warszawy; być może ze zniżką dla stałego klienta), a na wyprzedaży nowe i porządne koszule można kupić już od ok. 70 zł.
Na deser – troszkę sympatycznych kolorów lata. Na nogach jeden z najnowszych nabytków – brązowo-wiśniowe wiedenki firmy Loake. Na plecach - "młodsza siostra" klunejowej marynarki (rękawy do skrócenia, wiem), w wersji typowo letniej - z cienkiej wełenki i ze szczątkową podszewką, bez wypełnienia ramion.
Po pierwsze, przed ingerencją w koszulę należy ją wyprać, bowiem bawełna kurczy się w praniu. Podobno wystarczy wyprać raz (domyślam się, że najlepiej w maksymalnej dopuszczalnej temperaturze), ja na wszelki wypadek piorę dwukrotnie. Gdzieś czytałem, że kurczenie może dochodzić do 5% wymiaru. Czy to dużo? Jeśli rękaw ma 60 cm długości, to skurczenie się o 5% spowodowałoby skrócenie aż o 3 cm. Oczywiście nie jest powiedziane, że będzie to aż tyle - jeśli jednak rękawy skróciliśmy na optymalną długość, to nawet 1 cm mniej może już być za mało. A z wydłużeniem będzie problem.
Najczęściej mamy do czynienia z dwoma rodzajami przeróbek - skracaniem rękawów i taliowaniem. W przypadku skracania rękawów należy zwrócić uwagę na następujące zagadnienia:
- skrócenie rękawa powinno być połączone z przesunięciem listwy z guzikiem w górę rękawa. Czytałem o przypadku, kiedy listwa została na swoim miejscu, skrócona, a guzik "powędrował" ze środka w pobliże mankietu(!) Tego typu rozwiązania nie powinny mieć miejsca w fachowym zakładzie - nie zaszkodzi jednak się upewnić (na zdjęciu poniżej: moja koszula po skróceniu rękawa).
- większość ludzi ma różną długość rąk - ja np. jestem praworęczny i prawa ręka jest ok 1 cm dłuższa. Zauważyłem to jakiś czas temu, z pewnym zdziwieniem, kiedy analizowałem efekty skracania rękawów marynarki. Rozwiązanie jest proste - należy wymierzyć długość rękawów dla każdej ręki z osobna, ewentualnie zmierzyć dla ręki dłuższej (ale nie krótszej!).
- z mojego doświadczenia wynika, że nalezy zostawić pewien zapas materiału (rzędu 1,5-2 cm) - rękawy skrócone "na styk" pracują nieco inaczej i mogą zacząć się chować w rękawie marynarki. Oczywiście można z kolei skrócić rękawy marynarki, ale chyba nie chodzi nam o "efekt domina".
Taliowanie koszuli może być wykonane na dwa sposoby - poprzez zwężenie boków lub/i zaszewki na plecach. Ja w pokazanej na zdjęciu koszuli (zawsze kupuję slim-fity, ale w jej wypadku urzekły mnie kolor i jakość materiału) musiałem zastosować oba rozwiązania. W zasadzie trudno powiedzieć, który sposób jest lepszy - myślę, że to nie ma znaczenia, w końcu chodzi o końcowy efekt. Jedyna uwaga jest taka, aby po wymierzeniu i upięciu przez krawca wyjętej na wierzch koszuli spróbować ją włożyć w spodnie (uwaga na szpilki) i sprawdzić, czy nie wychodzi za duży "bąbel" z boku - w takim wypadku można zdecydować się na jeszcze ściślejsze dopasowanie. Inną metodą jest weryfikacja wymiarów upiętej koszuli z wzorcem (wspomaganie się wzorcami podczas przeróbek u krawca jest generalnie dobrym pomysłem) - inną koszulą, która leży na nas bardzo dobrze. Jednak w przypadku rękawów polegania na samym pomiarze długości nie polecam - zauważyłem, że wąskie rękawy "pracują" nieco inaczej i mniej na nich widać nadmiar materiału.
Taliowanie szeroko szytej koszuli może być połączone ze zwężeniem rękawów - w zakładzie, z którego korzystam, jest to chyba w cenie - ale tutaj nie mam żadnych doświadczeń, ponieważ tego nie robiłem.
No i na koniec uwaga finansowa - w związku z kosztami pracy ludzkiej, należy się zastanowić, czy przerabianie starych koszul ma sens. Ja - o ile dobrze pamiętam - za pakiet taliowanie+skracanie rękawów zapłaciłem 45 zł (peryferia Warszawy; być może ze zniżką dla stałego klienta), a na wyprzedaży nowe i porządne koszule można kupić już od ok. 70 zł.
Na deser – troszkę sympatycznych kolorów lata. Na nogach jeden z najnowszych nabytków – brązowo-wiśniowe wiedenki firmy Loake. Na plecach - "młodsza siostra" klunejowej marynarki (rękawy do skrócenia, wiem), w wersji typowo letniej - z cienkiej wełenki i ze szczątkową podszewką, bez wypełnienia ramion.
wtorek, 7 czerwca 2011
Turandot - dwurzędówka
Znów nieco ostatnio życie mi przyspieszyło, stąd przerwa w prowadzeniu bloga i (nieco) odświeżany wpis, który miał się pojawić już dawno. Mam przynajmniej nadzieję, że wrażenia estetyczne (bynajmniej nie związane ze mną) ową przerwę Drogim Czytelnikom zrekompensują.
No właśnie - jak ubrałem się na premierę "Turandot", bądź co bądź imprezę - jak na warszawskie standardy - dość szczególną? Ano - szczególnie. Już od dawna chciałem poeksperymentować z dwurzędówką. W dwurzędówce wygląda się z definicji bardziej męsko, dwurzędówka wszak przypomina mundur - a za mundurem... wiadomo. Stąd - kiedy ujrzałem przepiękną, klubową marynarkę od niezwykle prestiżowego (i potwornie drogiego) dizajnera, zapragnąłem niezwykle mocno stać się jej właścicielem, nie zważając na fakt, że jest o rozmiar za duża. Marynarka zatem została zmniejszona o jeden rozmiar (barki, taliowanie, rękawy), a efektem owego zmniejszenia jest dość dobre (choć nie idealne) dopasowanie. Do kompletu założyłem szare spodnie, czarne buty oraz krawat - w absolutnie najwyższym gatunku, ma się rozumieć.
Marynarka na zdjęciu wygląda na nieco zbyt szeroką w ramionach - faktycznie dopasowanie jest dość dobre, a luzu niewiele. Jest to moja najdłuższa marynarka, dłuższa od "klunejowej" o jakieś 2,5 cm. Rozważałem przez moment skrócenie jej o 1-2 cm, ale boję się, że popsuje to proporcje - kieszenie osadzone są dość nisko. Można oczywiście zwęzić patki, co optycznie powiększy przestrzeń, ale bez przesady. Chyba zbyt wiele to wszystko by kosztowało, a końcowy efekt byłby dość niepewny. W białej koszuli skracałem rękawy - niestety, skróciłem nieco za mocno i po założeniu marynarki i paru ruchach rękami mankiety koszuli chowają się w rękawie. (Mam w najbliższych planach wpis na temat przeróbek koszul - muszę tylko zrobić porządne zdjęcia).
Nawiasem mówiąc, nie przepadam za skośnookimi kobietami, ale dla pani Lee (odtwórczyni tytułowej partii - księżniczki Turandot) w tej zjawiskowej sukni niechybnie uczyniłbym wyjątek. Lilla, just call me.

(Źródło: styl.pl)
A na premierze - gwiazdy. Nazwiska. Kreacje. Kto chciałby liznąć szerokiego (jak na nasze możliwości) świata, proszę obejrzeć galerie:
Styl.pl
Dziennik.pl
No właśnie - jak ubrałem się na premierę "Turandot", bądź co bądź imprezę - jak na warszawskie standardy - dość szczególną? Ano - szczególnie. Już od dawna chciałem poeksperymentować z dwurzędówką. W dwurzędówce wygląda się z definicji bardziej męsko, dwurzędówka wszak przypomina mundur - a za mundurem... wiadomo. Stąd - kiedy ujrzałem przepiękną, klubową marynarkę od niezwykle prestiżowego (i potwornie drogiego) dizajnera, zapragnąłem niezwykle mocno stać się jej właścicielem, nie zważając na fakt, że jest o rozmiar za duża. Marynarka zatem została zmniejszona o jeden rozmiar (barki, taliowanie, rękawy), a efektem owego zmniejszenia jest dość dobre (choć nie idealne) dopasowanie. Do kompletu założyłem szare spodnie, czarne buty oraz krawat - w absolutnie najwyższym gatunku, ma się rozumieć.
Marynarka na zdjęciu wygląda na nieco zbyt szeroką w ramionach - faktycznie dopasowanie jest dość dobre, a luzu niewiele. Jest to moja najdłuższa marynarka, dłuższa od "klunejowej" o jakieś 2,5 cm. Rozważałem przez moment skrócenie jej o 1-2 cm, ale boję się, że popsuje to proporcje - kieszenie osadzone są dość nisko. Można oczywiście zwęzić patki, co optycznie powiększy przestrzeń, ale bez przesady. Chyba zbyt wiele to wszystko by kosztowało, a końcowy efekt byłby dość niepewny. W białej koszuli skracałem rękawy - niestety, skróciłem nieco za mocno i po założeniu marynarki i paru ruchach rękami mankiety koszuli chowają się w rękawie. (Mam w najbliższych planach wpis na temat przeróbek koszul - muszę tylko zrobić porządne zdjęcia).
Nawiasem mówiąc, nie przepadam za skośnookimi kobietami, ale dla pani Lee (odtwórczyni tytułowej partii - księżniczki Turandot) w tej zjawiskowej sukni niechybnie uczyniłbym wyjątek. Lilla, just call me.
(Źródło: styl.pl)
A na premierze - gwiazdy. Nazwiska. Kreacje. Kto chciałby liznąć szerokiego (jak na nasze możliwości) świata, proszę obejrzeć galerie:
Styl.pl
Dziennik.pl
środa, 18 maja 2011
Turandot
Zagadki są trzy,
Lecz śmierć - tylko jedna.
Księżniczka jest piękna jak gwiazda na niebie - i zimna niczym stalowe ostrze. Drogi do jej ręki - i, tym samym, do cesarskiego tronu - nie bronią rycerze, smoki czy zaklęcia. Strzegą jej trzy zagadki - śliskie niczym skały nad przepaścią, podchwytliwe jak słowa kobiety, zwodnicze jak fatamorgana. Jeden błąd oznacza śmierć - księżniczka nie zna litości. Wielu próbowało zagadki rozwiązać, znajdują się wciąż nowi śmiałkowie - rośnie stos książęcych głów pod murami Pekinu. Jeszcze nie ostygły zwłoki nieszczęsnego księcia Persji, kiedy książę Kalaf, oszołomiony i opętany urodą Turandot, trzykrotnie uderza w bramę pałacu rzucając wyzwanie śmierci.
Eva Marton i Placido Domingo w scenie próby
Giacomo Puccini pisał "Turandot" jako swoje ostatnie dzieło, świadomy tego, że umiera i musi się śpieszyć. Tego pośpiechu jednak nie widać - powstało dzieło spójne, wybitne, okraszone niezwykłą w swym pięknie arią "Nessun Dorma". Puccini, niestety, opery nie zdołał dokończyć; zrobił to - całkiem zręcznie - Franco Alfano. Jedynym mankamentem jest końcowa przemiana Turandot - moim zdaniem, zbyt szybka i mało wiarygodna, szczególnie przy porównaniu z dramatycznymi dylematami Wioletty z "Traviaty" ("Un di felice eterea"/"E strano... Ah! Fors'e lui...Sempre libera"). Trudno Alfano za to winić - być może po prostu chciał utwór sprawnie "zamknąć", co mu się niewątpliwie udało.
Jak zwie się lód, co ogień roznieca?
Mów, cudzoziemcze, mów! - lub umieraj.
Podobnie, jak w przypadku "Traviaty", duet Treliński-Kudlicka postanowił operę uwspółcześnić, stawiając na nowoczesną, oszczędną scenerię (pokój, garderoba itp.) i kostiumy (współczesne i dość skromne). Tym razem zabieg nie jest dla mnie do końca jasny - historia jest mocno "niewspółczesna", a przeniesienie jej w czasie wygląda na pomysł sam dla siebie (można porównać z tradycyjną inscenizacją z przedstawienia z Metropolitan Opera, widoczną na załączonych filmach). Trzeba jednak przyznać, że scenografia prezentowała się doskonale - jaskrawa gra świateł (efektowne kombinacje nasyconych odcieni niebieskiego i żółtego) pośrodku ogromnej, spowitej w mroku sceny opery, wyglądała bardzo atrakcyjnie, choć nieco "komputerowo"; wspaniale komponowała się z czarno-fioletową, aksamitną (przynajmniej tak to wyglądało), podkreślającą doskonałe kobiece kształty suknią Lilly Lee (Turandot) oraz kolorem jej długich, prostych włosów (głęboki odcień miedzi). Księżniczka wyglądała zjawiskowo.
Śpiew - o ile jestem to w stanie ocenić (po pierwsze, nie jestem ekspertem; po drugie, na tej operze byłem po raz pierwszy) - był na bardzo dobrym poziomie; arię-perełkę - "Nessun Dorma" - Charles Kim zaśpiewał czysto i pewnie. Biorąc pod uwagę niezłe aktorstwo, a także kilka dodatkowych pomysłów (np. zaskakująca scena z klaunem na początku - nie zdradzę, o co chodzi, ale pomysł przedni), całość wypadła niezwykle efektownie - właśnie słowo "efektowny" jest tutaj kluczem - a przedstawienie powinno być atrakcyjne nawet dla osób, które do opery wybierają się rzadko. Zdecydowanie polecam.
Placido Domingo śpiewa arię "Nessun Dorma" - o tym, że nikt nie odgadnie jego imienia i o świcie zwycięży.
Giacomo Puccini, "Turandot", występują: Lilla Lee (Turandot), Charles Kim (Kalaf), Agnieszka Tomaszewska (Liu), Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie.
Źródło zdjęć - Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie
poniedziałek, 16 maja 2011
Standardy (nieco) urosły
Czytelnicy się niepokoją, że blog zdechł... no nie, na razie ma się dobrze :) W każdym razie, w przypadku zamiaru zakończenia działalności blogera, jakoś bym to zaanonsował. Przerwa wynika z wielu rzeczy - mam mnóstwo pomysłów na wpisy, niestety, czasu za mało. Bardziej ambitne wpisy (m.in. na temat dopasowania i przeróbek marynarek) wymagałyby niestety sporo wysiłku, a zwłaszcza - zgromadzenia/zrobienia zdjęć. Mam nadzieję, że w końcu się pojawią.
Ostatnio zajety byłem podnoszeniem standardów obuwia, które użytkuję. Jak już informowałem, wyrzuciłem dwie pary czarnych butów, a kolejna - tym razem brązowych - jest przygotowana do utylizacji. Główny z nią problem polega na sporym wizualnym zużyciu butów, farbowaniu skóry (bardzo mocne w deszczowe dni), farbowaniu skarpetek, poprzesuwanych (poprzeklejanych) wkładkach. I to pomimo konserwacji kosmetykami na bazie naturalnych składników. Jednym słowem - Venezia. Po tym, jak naoglądałem się butów z prawdziwego zdarzenia, straciłem do nich serce. To oznacza, że ostałem się z jedną parą butów czarnych i jedną parą ciemnobrązowych zamszaków. Fakty ten nieco wyjaśnia, dlaczego ostatnio w zestawach prezentowanych na zdjęciach pojawiały się właściwie wyłącznie owe zamszaki.
A zatem - co robi mężczyzna, który na gwałt potrzebuje kolejnej pary brązowych butów? Oczywiście kupuje... niebieskie zamszaki. Na przykład takie:
Są to buty firmy Barker, wykonane w technice Goodyear. Zawartość pudełka bardzo odbiega od polskich standardów - prócz materiałów reklamowych sklepu, pudełko zawiera kilka przydatnych gadżetów: woreczki do przechowywania obuwia, impregnat do zamszu, zapasową parę sznurowadeł i firmową łyżkę do obuwia. Same buty robią bardzo dobre wrażenie. Buty są dość drogie, jednak kupiłem je na wyprzedaży po okazyjnej cenie (razem w wysyłką za ok. 62% tzw. sugerowanej ceny detalicznej).
Niestety, są nieco za duże. Na szczęście - tylko nieco. Wieczorem, kiedy stopa jest spuchnięta po całym dniu, buty są prawie dobre. Rano, niestety, luz jest wyczuwalny. Rozwiązaniem jest przyklejana od strony pięty wkładka, która redukuje rozmiar buta. Na zestawy z tymi butami trzeba będzie nieco poczekać - zamierzam je najpierw podkleić cienką wartwą gumy w celu ochrony skórzanej podeszwy (czy buty na skórzanej podeszwie można/należy podklejać, to jest temat gorących debat - zainteresowanych odsyłam na style forum lub forum bespoke; ja po lekturze zdecydowałem się jednak podkleić).
Obecnie - po krawatach, koszulach, marynarkach (i gdzieś w przelocie spodniach), znajduję się na etapie butów. Na gwałt się dokształcam, szukam okazji, kupuję. W każdym razie - padlinie z polskich galerii handlowych mówię: dość. Czas na porządne buty, które - o dziwo - potrafią nawet być tańsze, o ile wykaże się trochę cierpliwości i (jednak) poświęci nieco czasu.
Ostatnio zajety byłem podnoszeniem standardów obuwia, które użytkuję. Jak już informowałem, wyrzuciłem dwie pary czarnych butów, a kolejna - tym razem brązowych - jest przygotowana do utylizacji. Główny z nią problem polega na sporym wizualnym zużyciu butów, farbowaniu skóry (bardzo mocne w deszczowe dni), farbowaniu skarpetek, poprzesuwanych (poprzeklejanych) wkładkach. I to pomimo konserwacji kosmetykami na bazie naturalnych składników. Jednym słowem - Venezia. Po tym, jak naoglądałem się butów z prawdziwego zdarzenia, straciłem do nich serce. To oznacza, że ostałem się z jedną parą butów czarnych i jedną parą ciemnobrązowych zamszaków. Fakty ten nieco wyjaśnia, dlaczego ostatnio w zestawach prezentowanych na zdjęciach pojawiały się właściwie wyłącznie owe zamszaki.
A zatem - co robi mężczyzna, który na gwałt potrzebuje kolejnej pary brązowych butów? Oczywiście kupuje... niebieskie zamszaki. Na przykład takie:
Są to buty firmy Barker, wykonane w technice Goodyear. Zawartość pudełka bardzo odbiega od polskich standardów - prócz materiałów reklamowych sklepu, pudełko zawiera kilka przydatnych gadżetów: woreczki do przechowywania obuwia, impregnat do zamszu, zapasową parę sznurowadeł i firmową łyżkę do obuwia. Same buty robią bardzo dobre wrażenie. Buty są dość drogie, jednak kupiłem je na wyprzedaży po okazyjnej cenie (razem w wysyłką za ok. 62% tzw. sugerowanej ceny detalicznej).
Niestety, są nieco za duże. Na szczęście - tylko nieco. Wieczorem, kiedy stopa jest spuchnięta po całym dniu, buty są prawie dobre. Rano, niestety, luz jest wyczuwalny. Rozwiązaniem jest przyklejana od strony pięty wkładka, która redukuje rozmiar buta. Na zestawy z tymi butami trzeba będzie nieco poczekać - zamierzam je najpierw podkleić cienką wartwą gumy w celu ochrony skórzanej podeszwy (czy buty na skórzanej podeszwie można/należy podklejać, to jest temat gorących debat - zainteresowanych odsyłam na style forum lub forum bespoke; ja po lekturze zdecydowałem się jednak podkleić).
Obecnie - po krawatach, koszulach, marynarkach (i gdzieś w przelocie spodniach), znajduję się na etapie butów. Na gwałt się dokształcam, szukam okazji, kupuję. W każdym razie - padlinie z polskich galerii handlowych mówię: dość. Czas na porządne buty, które - o dziwo - potrafią nawet być tańsze, o ile wykaże się trochę cierpliwości i (jednak) poświęci nieco czasu.
niedziela, 24 kwietnia 2011
Aksamitny Wielki Piątek
Eksperymentu z aksamitem ciąg dalszy. Ustaliłem już, że marynarka jest dość sztywna i ciężka, ale jej niedostatki rekompensują mi zalety wizualne. Trochę żałuję, że nie jest ciut dłuższa - myślę, że 1 cm zrobiłby różnicę.
Zestaw na Wielki Piątek czerpie z kolorów Wielkanocy (ukłony dla Vislava). Żółto-kamelowo-musztardowe spodnie (obszerniejsze, niż ostatnio - słowo harcerza) symbolizują żółtko jajka, błękit koszuli - kolor baranka, który wykąpał się w rozrzedzonym roztworze atramentu, a granat? Granat nie symbolizuje niczego, ma za zadanie nieco uporządkować ten kolorystyczny bałagan.
Krawat - co pewnie widać na zdjęciach - to mój najlepszy (a na pewno najdroższy) egzemplarz.
Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom składam najlepsze życzenia - radości, spokoju, odpoczynku oraz tego, aby traktować życie z dystansem :) Wesołych Świąt!
Zestaw na Wielki Piątek czerpie z kolorów Wielkanocy (ukłony dla Vislava). Żółto-kamelowo-musztardowe spodnie (obszerniejsze, niż ostatnio - słowo harcerza) symbolizują żółtko jajka, błękit koszuli - kolor baranka, który wykąpał się w rozrzedzonym roztworze atramentu, a granat? Granat nie symbolizuje niczego, ma za zadanie nieco uporządkować ten kolorystyczny bałagan.
Krawat - co pewnie widać na zdjęciach - to mój najlepszy (a na pewno najdroższy) egzemplarz.
Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom składam najlepsze życzenia - radości, spokoju, odpoczynku oraz tego, aby traktować życie z dystansem :) Wesołych Świąt!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


